niedziela

Zgrzeszyłam. Popełniłam grzech. Wykreowałam sobie swój własny grzeszek. Zbudowałam go. Wykształciłam. Wyszlifowałam.
I już naprawdę sama nie wiem, czy taki owy grzech będzie leżał gdzieś zakurzony w ciemnym kącie. Czy jednak co sobotę będzie pucowany nawilżoną chusteczką.
O takim grzechu trzeba rozmawiać, postanawiać poprawę, prosić o pokutę, naukę i rozgrzeszenie. Ale przede wszystkim należy go niwelować.
A taki lęk przed jedzeniem, panika przed pełnym talerzem zniszczyłaby nawet największego twardziela z maczetą w ręku.

Więcej grzechów nie pamiętam. Za wszystkie bardzo żałuję.

środa

Cholera jasna.
Czasami mam ochotę tak wszystko po prostu wyrzucić z siebie, wykrzyczeć, wypłakać. A jak już przychodzi co do czego, to nie wiem jak zacząć. Jak ubrać te wszystkie wytwory mojej wyobraźni w ciągi jakkolwiek sensowne. Chyba boję się czegoś, coś mnie cofa przed owym wyrzucaniem na zewnątrz tego co siedzi gdzieś głęboko. Czy to tenże brak zdecydowania, który towarzyszy mi od dzieciństwa? Czy może to jednak obawa, że jeżeli wypiszę wszystkie swoje emocje i uczucia, zostanę pozbawiona cząstki czegoś, co jest tylko i wyłącznie moje?
To naturalne, że w każdym życiu przesiąka jakaś warstwa kłamstw, ale żeby -jasny gwint - okłamywać siebie?. Ojoj, to boli. W sumie ten ból bywa niekiedy znośny, ale bez przesady. To, że będziemy któregoś dnia tańczyć ze wszystkimi kłamcami wschodu i zachodu, to nie znaczy, że mam tańcować walca z samą sobą.
O nie nie. Albo porządny kopniak a'la moralniak. Albo nic. Zatracanie się w kłamstwach, które w rzeczywistości kłamstwami być nie muszą. Wystarczy odrobina wysiłku, żeby docieć o co jest grane w tym wszystkim. Czy to już wyłożone są wszystkie karty. Czy to dopiero początek.
Znów się powtórzę - cholera jasna. Bo znów bredzę. I znów zastanawiam się... ile warta jestem ja?

wtorek



roz.kształt.owana.

holahola.
co to za miejsce.