środa

Ok - stwierdziła zakładając nogę na nogę i zapalając długiego papierosa zlokalizowanego gdzieś między szczupłymi bladymi palcami - czas przemyśleć parę spraw...

Specjalnie podnosi rolety przed snem, by rano móc obudzić się poprzez porządnego kopniaka od słońca. Od kilku dni już w to się nie bawi. Budzi się w porze obiadowej. Wstaje - spogląda w lustro - każdy włos wędruje w swoją stronę łamiąc przy tym wszelkie zasady grawitacji. Patrzy z lekkim przymrużeniem oka na siebie, przemieszcza się wolnym krokiem do łazienki wykonując przy tym parę ćwiczeń karkiem. Taaaak, sztuczne światło nawet o godzinie dwunastej może wydawać się oślepiające. Myje zęby, ogląda je z każdej strony. Bierze prysznic, balsamuje się czekoladą, która w jakimś tam popapranym stopniu rozbudza jej wciąż śpiące wnętrze. Hop! Już jest w kuchni parząc ulubioną kawę Davidoff'a w filiżance Lavazzy. Po tym zjada jedno jabłko i garść suchych płatków śniadaniowych. Kiedyś to jeszcze poszła biegać. Teraz przegląda zestaw programów 'wiadomościowych' i planuje po części swój dzień - co kupić, co zrobić, co upiec. Nadchodzący wieczór znów przynosi wyjście. Ze swoimi. Najbliższymi, cudownymi.
Pssst - otwiera piwo - znów to samo. I nawet już śmiechy, chichy są te same. I to pisanie... Z każdym słowem chcę wcisnąć backspace, chcę ranek. Bo mimo wszystko lubię poranki, są takie świeże, leniwe, mogą być tak długie jak tylko tego pragnę. W sumie mogłabym żyć samymi rankami. I wiem, że jestem w stanie to sobie stworzyć, bo to ja lepię swój własny cholerny dzień, który z reguły wygląda tak samo. Czy to wtorek czy sobota, ja i tak myślę o jednej fobii.
...-wypuściła dymek papierosa i spojrzała w górę. W jej oczach pojawił się mokry blask. Szybko zgasiła go jednym mrugnięciem świeżo umytych rzęs, które na dobrą sprawę naprawdę lubi. Zmieniła układ złożenia nóg na odwrotny, stuknęła papierosa nad popielniczką - ... no i tak wygląda właśnie szablonowy dzień. Taki mój mały chleb powszedni. To są magiczne - uciszyła się na chwilę, zmarszczyła czoło i przymrużyła powiekę na znak, że zgubiła słowo - rytuały? Tak to rytuały. Choć wiele bym chciała jeszcze zmienić, to bardzo potrzebne jest mi pełne przywyknięcie do tego co jest. I dopiero potem można modelować swój chleb, by wypiekł się odpowiednio. A zdziałać można wiele, tylko chęci są potrzebne. Wtedy to nawet woda może być sucha a kwiaty rosnąć mogą w gumowych doniczkach. Sól może być słodka a pieprz kwaśny.

I jeszcze jedno - wstała, zgasiła papierosa ugniatając filtr aż do całkowitego złamania - lubię biegać. - odwróciła się i pobiegła zamykając za sobą drewniane drzwi, które swoim skrzypiącym dźwiękiem zakomunikowały, że Ona już nie wróci. Woli obudzić się i żyć porankiem. Po swojemu.

niedziela

Zgrzeszyłam. Popełniłam grzech. Wykreowałam sobie swój własny grzeszek. Zbudowałam go. Wykształciłam. Wyszlifowałam.
I już naprawdę sama nie wiem, czy taki owy grzech będzie leżał gdzieś zakurzony w ciemnym kącie. Czy jednak co sobotę będzie pucowany nawilżoną chusteczką.
O takim grzechu trzeba rozmawiać, postanawiać poprawę, prosić o pokutę, naukę i rozgrzeszenie. Ale przede wszystkim należy go niwelować.
A taki lęk przed jedzeniem, panika przed pełnym talerzem zniszczyłaby nawet największego twardziela z maczetą w ręku.

Więcej grzechów nie pamiętam. Za wszystkie bardzo żałuję.

środa

Cholera jasna.
Czasami mam ochotę tak wszystko po prostu wyrzucić z siebie, wykrzyczeć, wypłakać. A jak już przychodzi co do czego, to nie wiem jak zacząć. Jak ubrać te wszystkie wytwory mojej wyobraźni w ciągi jakkolwiek sensowne. Chyba boję się czegoś, coś mnie cofa przed owym wyrzucaniem na zewnątrz tego co siedzi gdzieś głęboko. Czy to tenże brak zdecydowania, który towarzyszy mi od dzieciństwa? Czy może to jednak obawa, że jeżeli wypiszę wszystkie swoje emocje i uczucia, zostanę pozbawiona cząstki czegoś, co jest tylko i wyłącznie moje?
To naturalne, że w każdym życiu przesiąka jakaś warstwa kłamstw, ale żeby -jasny gwint - okłamywać siebie?. Ojoj, to boli. W sumie ten ból bywa niekiedy znośny, ale bez przesady. To, że będziemy któregoś dnia tańczyć ze wszystkimi kłamcami wschodu i zachodu, to nie znaczy, że mam tańcować walca z samą sobą.
O nie nie. Albo porządny kopniak a'la moralniak. Albo nic. Zatracanie się w kłamstwach, które w rzeczywistości kłamstwami być nie muszą. Wystarczy odrobina wysiłku, żeby docieć o co jest grane w tym wszystkim. Czy to już wyłożone są wszystkie karty. Czy to dopiero początek.
Znów się powtórzę - cholera jasna. Bo znów bredzę. I znów zastanawiam się... ile warta jestem ja?

wtorek



roz.kształt.owana.

holahola.
co to za miejsce.

środa

I discovered something what makes me special.
I can twist my tongue into flower shape.
it's fuckin' amazing!

niedziela

Tak o. planuję o planowaniu. I zaczyna mnie to drażnić.
Czas planować o działaniu. Albo nie - lepiej... Czas działać.

From now. Till the end of the world.

wtorek

Nie złamię się. Za dużo było "gotowi, do startu, start", by teraz stanąć. Jeszcze nie teraz, jeszcze trochę sił.
A dobiegnę.


I would like to say 'thank You' to people who are with me. In all situations. Between a deep sea and a devil. And never leave me. Thank You people for good moments for good sacred wrods.

niedziela

Zmiażdżone wszystko mam od środka. Brak siły. Fizycznej i psychicznej.
Lordy, don't leave me.


i tylko Jego uśmiech. Pcha mnie do przodu.

wtorek

To, że czasami mam ochotę wypisać wszystko co mam w głowie, to chyba dobrze świadczy. Wcale nie o tym, że jestem wylewna na wszystkie strony, tylko o tym, że pisać powinnam. I tak sobie czasami wyobrażam, jak to cudownie byłoby dostać się do redakcji, studia, czy Bóg wie czego. Mam przed oczami taki obraz: Wchodzę do ogromnego budynku, gdzie ludzie biegną i potykają się o siebie. Z trudem znajduję odpowiednie piętro. I idę, idę, idę długim korytarzem. Aż w końcu spotykam przy biurku dziwacznie ubranego mężczyznę w okularach z grubymi czarnymi oprawkami przegryzającego paluszka z sezamem i trzymającego w ręku żółty kubek z herbatą. Oczy jego zawieszone są na ekranie laptopa a na biurku leży sterta papierów i kolorowych drewnianych ołówków. Wtedy mówię do niego 'hej, jestem tu nowa, chcę się zadomowić'. A on odrywa leniwie wzrok od monitora, patrzy na mnie wciąż z tym samym paluszkiem w buzi, robi ironiczny wyraz twarzy i mówi 'to pokaż co potrafisz' rzucając mi na ręce kilka ciężkich teczek wypełnionych artykułami. Wtedy ja uginam się pod ciężarem i pomagając sobie kolanem ogarniam cały ten syf. Podchodzę do swojego biurka a jakaś stuknięta sekretarka w kolorowych ciuszkach przynosi mi herbatę w również żółtym kubku, bo to firmowe cacko. Wtedy zaczynam i nie kończę. Przynoszę robotę do domu i do późna w fikuśnych pidżamach z miseczką mieszanki wszystkich rodzajów płatków śniadaniowych staram się coś sklepać. We włosach mam powpinane ołówki i co trzy sekundy ziewam. Aż w końcu budzę się wśród tych teczek, zanoszę je do redakcji, rzucam na biurko temu samemu dziwakowi oświadczając 'masz co chciałeś.' Wtedy on zagląda do środka i ten cholerny sezamkowy paluszek wypada mu z buzi, robi jeszcze głupszą minę i odpowiada..."witaj w domu".
Nieźle co? zaczynam się powoli organizować i zaczyna mi się to podobać. Tylko przeraża mnie to określenie 'powoli'. Ale co tam - rewolucji nie lubię.